Bradley Wiggins w szczerym wywiadzie: wszystko jakoś się zaczyna

Ma za sobą niezwykłą, wręcz burzliwą historię. Od zera wspiął się na szczyt i został jednym z najwybitniejszych kolarzy, a właściwie sportowców, z ośmioma medalami olimpijskimi, w tym pięcioma złotymi. Jest wielokrotnym mistrzem świata, a w 2012 roku triumfował w najsłynniejszym wyścigu etapowym świata – Tour de France. Za zasługi dla sportu został pasowany na rycerza.
Później stracił praktycznie wszystko. Po zakończeniu kariery sportowej nie potrafił odnaleźć się w „zwyczajnym” życiu, stracił majątek i rodzinę, popadł w uzależnienie od narkotyków i alkoholu. Zmierzył się jednak z losem i zawalczył o swoje życie. Dziś sprawia wrażenie spokojnego, wyciszonego, a nawet – nie boję się tego powiedzieć – szczęśliwego. Cieszy się prostymi rzeczami i stara się spędzać czas z dziećmi. W połowie czerwca odwiedził Słowację i próbował na rowerze wyprzedzić pociąg. Oto Sir Bradley Wiggins – pierwszy Brytyjczyk, który wygrał legendarną „Starą Damę”.
Przed wami lektura wywiadu z niesamowitym człowiekiem, szczerym do bólu dla którego nie ma tematów o które nie należy pytać. Wywiad podczas zawodów Faster than a Train przeprowadził Martin Pavlik
Co zdecydowało o tym, że został Pan zawodowym sportowcem, jednym z najlepszych kolarzy na świecie?
Mój ojciec był zawodowym kolarzem, więc chciałem pójść w jego ślady. To był w dzieciństwie i młodości chyba największy „motor”, który mnie napędzał. Zakochałem się w tym sporcie, można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Oglądałem Lance’a Armstronga, kiedy wygrał mistrzostwa świata w 1993 roku, i to było dla mnie prawdziwą inspiracją. Chyba nigdy nie chciałem robić niczego innego.
Pamięta Pan swoje pierwsze starty? Na torze, na szosie? Może na igrzyskach olimpijskich albo mistrzostwach świata? Czy któryś był dla Pana szczególny?
Myślę, że mój pierwszy start na igrzyskach olimpijskich. Jako chłopak oglądałem igrzyska w Barcelonie, kiedy wygrał Chris Boardman, oglądałem też igrzyska w Atlancie. Może nawet bardziej niż kolarstwo zapadł mi wtedy w pamięć Michael Johnson i jego rekord świata w sprincie na 200 metrów. Igrzyska olimpijskie są w Wielkiej Brytanii ogromną instytucją. Nawet większą niż kolarstwo. Kiedy wygrywasz igrzyska, stajesz się rozpoznawalny i popularny. Dlatego było to dla mnie tak wyjątkowe. Jeśli wygrasz etap Tour de France, to w gruncie rzeczy mało kto o tobie wie. Ludzie pewnie wiedzą, że wygrałem Tour de France, ale z pewnością jestem bardziej rozpoznawalny jako pięciokrotny mistrz olimpijski. W Wielkiej Brytanii jestem bardziej znany niż Cav (Mark Cavendish), który wygrał 36 etapów Tour, a mimo to niewiele osób go zna.
Czy podczas wyścigów wydarzyło się kiedyś coś, co pamięta Pan do dziś, może jakaś anegdota?
Pamiętam Paryż–Roubaix, kiedy zatrzymano nas na przejeździe kolejowym, bo nadjeżdżał pociąg. Ja przejechałem jeszcze przed opuszczeniem szlabanów.
Został Pan za to ukarany?
Nie, przejechałem w pierwszej grupie, a reszta peletonu musiała czekać.
Skoro już mówimy o pociągu, jak smakował dzisiejszy wyścig Faster than a Train?
To było świetne, szczególnie początek, kiedy jechaliśmy równolegle z pociągiem i widzieliśmy go obok siebie. Później właściwie już go nie widzieliśmy, chyba jechaliśmy zbyt szybko.
Ścigał się Pan już kiedyś z maszyną?
Nie, nigdy. To było wyjątkowe. Nie znam drugiego takiego wydarzenia na świecie. Myślę, że ta impreza ma ogromny potencjał, by przyciągnąć mnóstwo ludzi ze świata kolarstwa.
Jakie wrażenie zrobiła na Panu atmosfera wydarzenia?
Była fantastyczna! To wydarzenie ma naprawdę potencjał, by dalej się rozwijać.
Gdyby mógł Pan cofnąć czas, wybrałby Pan inny sport?
W żadnym wypadku. Kolarstwo bardzo wiele mi dało i bardzo wiele mnie nauczyło, dało mi mnóstwo lekcji. Bez kolarstwa nie byłoby mnie dziś tutaj, na Słowacji, z wami.
Gdyby nie był Pan kolarzem, to kim?
Nie wiem. Kiedy dorastałem w Londynie, była to biedna dzielnica, gdzie łatwo było ześlizgnąć się w świat przestępczości. Przemoc, narkotyki i kryminalność były wszędzie wokół. To właśnie kolarstwo mnie uratowało. Jako dziecko znosiłem też wiele drwin, kiedy wychodziłem na trening w obcisłym stroju. Dziś sytuacja jest trochę lepsza i mam nadzieję, że choć trochę przyczyniłem się do tego, że dla niektórych dzieci stałem się wzorem.
A może miał Pan jakieś marzenie?
Może chciałbym być aktorem albo szefem kuchni.
Kucharzem? Lubi Pan gotować?
Tak, szczególnie kiedy byłem młodszy. Lubię tę kreatywność.
Lubi Pan modę? Pytam także ze względu na związek z marką Fred Perry...
Teraz już nie bardzo. Wie pan, przez ostatnie dwa lata próbowałem naprawić swoje życie i stanąć znowu na nogi. Wtedy była to raczej współpraca zespołu Sky.
Sky. Nowy zespół, brytyjski zespół i dla Pana nowa rola – lidera. Tego, na kogo pracują inni, żeby wygrał. Jak to było?
Trudne, spoczywała na mnie ogromna presja. Czułem się tak, jakbym dźwigał na barkach ciężar całego narodu. Oczekiwania nie były małe.
Było to trudne przede wszystkim psychicznie?
Tak, ale nie powiedziałbym, że byłem jedynym liderem.
Czy uważa Pan, że Sky było wtedy najlepszym zespołem świata?
Myślę, że tak.
Wtedy tak, a dziś? Czy bylibyście najlepszym zespołem na tle na przykład UAE?
Nie wiem, prawdopodobnie nie. Ale myślę, że wiele procedur i procesów, które wprowadzono, by poprawić wydajność zespołu Sky, zmieniło kolarstwo i do dziś wszyscy z tego korzystają, łącznie ze wzrostem budżetów.
Ale jednak trzech brytyjskich zwycięzców Tour de France w jednym zespole...
W gruncie rzeczy nikt z nas nie jest typowym Brytyjczykiem, a właściwie Anglikiem (śmiech). Chris Froome urodził się w Kenii, ja w Belgii, Geraint Thomas jest Walijczykiem...
Ale czuje się Pan Brytyjczykiem...
Tak, oczywiście.
Kto był dla Pana najlepszym kolarzem w historii? Ikoniczny Eddy Merckx, Tadej Pogačar – gwiazda współczesności... Czy w ogóle da się ich porównać?
Eddy to bez wątpienia postać kultowa, ale moim zdaniem Tadej jest na drodze, by zostać najlepszym. Jest wyjątkowy.
Chciałem zapytać o szczególny moment z Tour 2012. Na jednym z etapów podczas podjazdu większość peletonu złapała gumę, w tym Pana groźny rywal Cadel Evans. Pan i czołowa grupka poczekaliście na niego na zjeździe. Czyj to był pomysł? Pański czy dostał Pan polecenie przez radio od dyrektora sportowego?
To był mój pomysł. Nie chciałem korzystać na jego nieszczęściu.
Przypis redakcji: Na 14. etapie Tour de France 2012 doszło do sabotażu — na drodze rozsypano pinezki, przez co defekty złapało około 30 kolarzy. Wśród nich był Cadel Evans, na którego po interwencji Bradleya Wigginsa poczekała czołowa grupa. Cadel Evans był mistrzem świata ze startu wspólnego w 2009 roku i zwycięzcą Tour de France 2011 jako pierwszy Australijczyk w historii. Dwa razy był też drugi w Tour de France, wygrywał m.in. La Flèche Wallonne, Tirreno–Adriatico i Tour de Romandie, a do tego należał do bardzo wąskiego grona kolarzy z podium we wszystkich trzech wielkich tourach.
W tamtym roku byliście niesamowitym zespołem, pomagaliście sobie nawzajem.
Tak, myślę, że spokojnie dwóch albo trzech zawodników z naszej drużyny mogło stanąć na podium.
Czy nadal utrzymuje Pan z nimi kontakt?
Z Markiem właściwie co tydzień. Z innymi, jak Chris czy Geraint, może raz w roku, zadzwonimy do siebie na urodziny.
Czyli jeśli za rok przyjedzie Pan znów na Faster than a Train, to będziemy mieć właściwie taki sam kontakt – raz do roku.
Tak, dokładnie tak! (śmiech) Wierzę, że za rok znów przyjadę.
To ciekawe, że ze świetnego torowca i czasowca stał się Pan znakomitym góralem. Wiem, że musiał Pan zrzucić kilka kilogramów...
Tak, jeśli potrafi się utrzymać siłę i moc, a jednocześnie obniżyć wagę, to jest to możliwe i trwałe.
Czyli to nie kwestia wrodzonych genów?
Nie, myślę, że decydujące jest nastawienie mentalne.
Kto był Pana największym rywalem?
W jeździe na czas na pewno Tony Martin i oczywiście Fabian Cancellara. To on był punktem odniesienia, a my wszyscy próbowaliśmy go dogonić. W klasyfikacji generalnej wymieniłbym Nibalego i zdecydowanie Alberta Contadora.
Czyli na szosie miał Pan poważniejszych rywali niż na torze?
Myślę, że tak.
Dlaczego zdecydował się Pan założyć własny zespół? Był Pan rozczarowany rozwojem sytuacji w Sky?
Nie, w ogóle nie. Chciałem stworzyć młodą drużynę. Wie pan, u nas zaczynali na przykład Tom Pidcock czy Ben Healy, którzy później odeszli do większych ekip.
Czuje się Pan bardziej kolarzem torowym czy szosowym?
Tor to moja pierwsza miłość. Mój ojciec był kolarzem torowym, więc ma to dla mnie także wymiar emocjonalny.
Wielu byłych kolarzy mówi, że w peletonie bardzo wiele się zmieniło. Pan też to tak odczuwa?
Tak, zdecydowanie kolarstwo się zmieniło, a zespoły są na wyższym poziomie. Cieszę się, że dziś oglądam to jako kibic i już się nie ścigam.
Czy dzisiejszy peleton jest czystszy niż przed laty?
Nie wiem, chciałbym w to wierzyć. Ale mam nadzieję, że tak.
Jaka była różnica między przeżywaniem Tour de France na dwóch kołach, na rowerze, a później jako komentator na motocyklu?
Zdecydowanie wolałem na rowerze. Na motocyklu też było to ciekawe, ale w tamtym okresie moje życie nie było jeszcze całkiem pod kontrolą.
Nadal jeździ Pan na rowerze. Uprawia Pan też inne sporty?
Nie. Lubię swój rower.
A wioślarstwo, to był tylko epizod?
Tak, kiedy zakończyłem aktywną karierę, zastanawiałem się nad kolejnym startem olimpijskim w innej dyscyplinie.
W trakcie kariery stosował Pan wiele suplementów i środków wspomagających. Czy uważa Pan, że mogły mieć wpływ na Pana osobisty kryzys i problemy po zakończeniu kariery?
Nie.
Czy pił Pan alkohol już w czasie zawodowej kariery?
Tak.
Czy wpływało to na Pana wyniki?
Nie.
Czy uważa Pan, że udało się Panu pokonać życiowy kryzys i upadek na dno dzięki sportowi, czy raczej to sport był przyczyną tego kryzysu?
Problemem było moje życie jeszcze sprzed kariery sportowej.
Chodzi o skomplikowaną relację z ojcem?
Mój ojciec został zamordowany (w niejasnych okolicznościach po incydencie w Australii), a jako nastolatek przez trzy lata byłem molestowany seksualnie przez mojego pierwszego trenera. W tym widzę początek moich problemów. Moje dzieciństwo było pełne traum.
Przypis redakcji: Ojciec Wigginsa zmarł po urazie głowy po incydencie związanym z bójką i upadkiem, a dokładne okoliczności jego śmierci do dziś pozostały niewyjaśnione. W mediach bywa to opisywane jako śmierć „w podejrzanych okolicznościach” albo „gwałtowna śmierć”, ale formalnie sprawa nie została jednoznacznie zamknięta jako zabójstwo
O jakim tytule Pan marzył, a nigdy go nie zdobył?
Paryż–Roubaix. To dla mnie bardzo romantyczny wyścig. Przepiękny.
Jakie było Pana największe zwycięstwo?
Igrzyska olimpijskie w Londynie. Udało mi się triumfować w tym samym roku, w którym wygrałem Tour.
Wygrał Pan wtedy jako jedyny w historii Tour, igrzyska i mistrzostwa świata.
Tak, to prawda.
W 2012 roku odniósł Pan też jedno dość niezwykłe zwycięstwo. W Tour de Romandie wygrał Pan sprint z grupy. Jak to się udało?
Cóż, miałem dobry rower (śmiech). Nigdy nie sprintowałem, więc po prostu spróbowałem i miałem prędkość.
Dlaczego nie próbował Pan tego częściej?
To mnie po prostu nie interesowało.
Zobaczymy Pana jeszcze na Słowacji?
Bardzo chętnie wrócę. Na to wydarzenie, a postaram się przyjechać także z Markiem Cavendishem.
No to musielibyśmy zwiększyć finansowanie i stać się konkurencją dla wielkich imprez, jak klasyki jednodniowe... (śmiech) Nie wiem, czy jesteśmy na to gotowi...
Nigdy nie wiadomo. Każdy musi gdzieś zacząć i nigdy nie wiadomo, co uda się stworzyć.
Co jeszcze widział Pan na Słowacji?
Widzieliśmy Bratysławę, jej stare miasto. Jest naprawdę piękne.
Wśród słowackich kolarzy często pytają Pana o Petera Sagana, ale byli też inni...
Tak, bracia Velitsowie. Peter był świetny w drużynowej jeździe na czas.
W zeszłym roku był tu z nami Ján Svorada.
Tak, spotkałem go w zeszłym roku w Pradze, zrobiliśmy sobie zdjęcie. Był gwiazdą, kiedy byłem chłopcem.
Czy zna Pan osobiście jakichś polskich kolarzy? Czy ścigał się Pan z nimi na najwyższym poziomie?
Nie osobiście, ale jako trzynastolatek byłem wielkim fanem Zenona Jaskuły. Później, już w trakcie swojej kariery, wiele razy ścigałem się z wielkim „Kwiato” i Rafałem Majka.
Gdyby mógł Pan jeszcze wrócić do zawodowego peletonu, który wyścig albo który z Wielkich Tourów wybrałby Pan najbardziej?
Paryż–Roubaix.
Czy pamięta Pan swój start w Tour de Pologne?
Tak, bardzo dobrze wspominam ten wyścig. Zawsze lubiłem ścigać się w Polsce, a zwycięstwo w kończącej wyścig jeździe na czas było dla mnie naprawdę wyjątkowym dniem.
Czy Pana zdaniem wydarzenie takie jak L’Etape Tour de France dobrze promuje kolarstwo? Czy jest szansa, że wystartuje Pan w jednej z imprez L’Etape?
Takie wydarzenia zawsze zwracają uwagę na kraj-gospodarza. Uważam, że biorąc pod uwagę wspaniałą historię polskiego kolarstwa i bardzo wysoki poziom organizacji imprez, mogłoby to mieć ogromne znaczenie dla rozwoju tego sportu i jeszcze większej popularności kolarstwa w Polsce.

